IGNACY ZYŚK NIE ŻYJE

Ignacy Zyśk…

Schorowany już i przyciśnięty życiem i wiekiem skrzypek. Poznałam go w 2011 roku, gdy pierwszy raz organizowaliśmy Kurpiogranie. Grał już słabiej, mniej pamiętał, ale cieszył się niesamowicie, że mógł jeszcze komuś pokazać olendra, powolniaka czy okrąglaka. „Ja już zabacuł…” mruczał pod nosem próbując przypomnieć sobie melodie. Opowiadał chętnie, melodyjną swoistą formą gwary kurpiowskiej. Nikt inny tak nie mówił. Starałam się tyle razy zapamiętać słowa, zdania całe, które urzekały. Zostało tylko kilka z nich w głowie… Słuchałam historii z młodości, opowieści o muzyce, o przyjaciołach z którymi grywał, o tym, że już najstarszy i we wsi starszego nie było. Fakt, miał wówczas 92 lata. Wszyscy koledzy pomarli.

W 2012 roku do Nowogrodu było mu już za daleko i zbyt był słaby na granie. Ale cieszył się, że go odwiedzam! Pamiętam herbatę, którą zaparzał dla mnie i dla siebie. Najczęściej owocową. Ze zdumieniem patrzyłam na ilość cukru jaką sobie sypał do szklanki: 3-4 łyżeczki. „Bo ten cukier niemiecki to wcale nie słodki, Pani… Nasze cukrownie dobre były. A teraz ich nie ma” mawiał. Opowiadał o wojnie, o strzelaninach, o uchodzeniu z życiem z sytuacji w których mógł zginąć. Skrzypce do ręki brał już mniej chętnie, bo mu uciekały melodie. Chodził z trudem, bo nogi i zmysł równowagi go zawodziły. Kiedy ostatni raz przed zimą odjeżdżałam, pytał kiedy znów przyjadę. Mówiłam, że najszybciej jak się da. To najszybciej przeciągnęło się.

Dopiero w maju 2013 roku znów zajeżdżam pod dom Sołtysa w Dąbrowach Kolonii. Rodzina cieszy się, że przyjechałam ale mówi, że chyba mnie już nie pozna. Po kilku minutach rozmowy jednak poznaje! „Pani z Gdańska jest…” uśmiecha się! Wzruszam się, że jednak poznaje. Słucham historii, niektórych nowych, niektórych już słyszanych. Niektóre wątki dzisiejsze mylą się już z przeszłością… Do skrzypiec już nawet nie sięga… Wyjeżdżam mając nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Wiem, że starość postępuje coraz szybciej, że z chodzeniem coraz trudniej, a lekarze pomóc nie mogą… Tuż przed Kurpiograniem w Bandysiach udaje mi się zajechać jeszcze na chwilkę. Potem przyjadę na dłużej…

Niestety ‚potem’ znów się przeciągnęło… I już nie zdążyłam… W niedzielę 15 września o 8:00 rano zadzwonił telefon. „Pani Kasia? Dziadek umarł. Jutro jest pogrzeb”…

Żal… żal mi tego, że nie zdążyłam… Żal mi kolejnego mistrza, którego poznałam na Kurpiach, a który odszedł…

Od czerwca 2012, czyli w półtorej roku straciliśmy dwóch skrzypków i dwóch śpiewaków… Najpierw odszedł niespodziewanie pan Staszek Kolimaga – Skrzypek z Zalesia, który swoim optymizmem i radością zarażał wszystkich dookoła. Potem pan Szczepan Żęgota z Rutek – śpiewak zdawało się nieśmiertelny, który gotowy był śpiewać zawsze i wszędzie. Trzy miesiące po nim jego najlepszy przyjaciel, pan Staszek Mróz z Czarni, będący skarbnicą pieśni.  Teraz pan Ignacy… Miał 94 lata…

Ilu było tych, których nie zdążyłam już poznać? Ci, którzy bywali tam wcześniej i poznawali kurpiowskie pieśni i melodie wiedzą na pewno… Aż ciężko o tym myśleć…

 

Spoczywaj w spokoju. Dziękuję, że mogłam Pana poznać, Panie Ignacy!

Kasia.